Zimowe figle

Żyjemy w czasach wyboru... Możemy wybrać czy celebrować kryzys, czy też iść na całość w rozpuście konsumpcji. Od nas zależy czy poddamy się urokom bajecznie śnieżnej zimy, czy też skupimy naszą uwagę na problemie ocieplenia klimatu i zbojkotujemy bezśnieżną zimę.

Osobiście wybrałabym opcję białych świąt, a potem, wykorzystując zmiany klimatu, przeszłabym bezboleśnie do wiosny, ale zdaje się, że wybór to nie to samo co koncert życzeń... Tak czy inaczej, kalendarz pozostaje obojętny na dziurę ozonową i wyznacza zimę zawsze o zwykłym czasie. Nasz wybór, co zrobimy z taką informacją. Czy będziemy ją ignorować, czy zadbamy o ciepłe ubranko dla naszego kotka, względnie płaszczyk na grzbiet i botki dla chihuahua.

Przeglądając propozycje kreatorów na sezon zimowy można bardzo łatwo przyporządkować kolekcje do jednego z dwóch nurtów: tych co kochają zimę i brną przez zaspy z gromkim śpiewem „u hu ha, u hu ha, nasza zima zła” i tych co wręcz przeciwnie - manifestują niechęć zimowym temperaturom, krzycząc „aby do wiosny!”.

Projektanta grożącego gawiedzi mroźnym paluszkiem Królowej Śniegu poznamy po barchanowych majtach, futrach, kożuchach, pierzynach w roli kurtek, szalikach wielkości prześcieradła, czapkach, zausznikach i jeszcze wielu innych „atrakcyjnych” atrybutach. Znane postacie chętnie ubierane przez kreatorów to: Królowa Śniegu, Dziewczynka z zapałkami, Śnieżynka, Rudolf Czerwononosy i oczywiście Yeti. Przedstawiciele pro-wiosennych okrzyków, niezależnie od aury i stopnia oblodzenia chodników, chadzają w szpilkach, bez majtek, w jedwabnych spodniach i spódniczkach mini. Wyznawcy tego stylu to: Żaba Kermit, Calineczka i Śpiąca Królewna - uczciwie przesypiająca zimę, niczym wytrawny niedźwiedź. Niektórzy śmiałkowie wśród projektantów idą o krok, a po prawdzie nawet o kilkadziesiąt kroków dalej. Nie tylko, że na ich obliczach nie widać ani krzty strachu przed śniegową zamiecią mody, to jeszcze pozwalają sobie na jawne „śmichy chichy”. Nie wiem czy brak szacunku do tematu zimy wywodzi się w prostej linii ze zmian klimatycznych, a co za tym idzie - ze zniecierpliwienia brakiem zimy jako takiej? Obowiązywałaby wtedy prosta zasada: nie ma zimy - nie ma futer i kożuchów! A może jest to przewrotna odpowiedź na wszechobecny kryzys gospodarczy? Taki poradnik kryzysowy dla modowych Mc Gawerów czy rodzimych Adamów Słodowych. Nie masz pieniędzy na futro z szynszyli? - nic nie szkodzi - zrób je sobie sam, to znaczy zrób je sam dla żony z niepotrzebnych maskotek własnego dziecka. Taki pomysł zasługuje w każdym aspekcie na pochwałę. Po pierwsze - oszczędzamy pieniądze, bo niczego nie kupujemy. Po drugie - porządkujemy mieszkanie z walających się wszędzie zabawek i dziecko ma miejsce na nowe. Po trzecie - żona jest cudownie wdzięczna, bo ma futro, które upolował jej własny samiec. Jest co prawda również taka możliwość, że ukochana kobieta nie doceni poświęcenia i odmówi nie tylko pochwał i nagród, ale nawet obwini nas o sabotaż jej wizerunku, a własna latorośl oskarży o kradzież i morderstwo ulubionych pluszaków... Ale dajmy szansę wyobraźni. Mężczyzną odważnie stającym oko w oko z maskotkami jest Jean-Charles de Castelbajac. Stado malutkich lampartów tworzy kurteczkę, która może okazać się figlarną alternatywą dla kurtki z lamparciej skóry, o której przecież wiemy, że jest nie do zdobycia, skoro lamparty są pod ochroną. A chyba żadna elegantka nie chciałaby nosić skóry ze starego, zdechłego kota - nawet jeśli ten kot za życia był lampartem. A tu proszę - jaka miła propozycja w centki! Zauważam dodatkowe korzyści: nie grozi nam nuda - nawet podczas najdłuższych korków mamy się czym pobawić. Ta sama zasada dotyczy kurtki, którą tworzy stado sklonowanych Kermitów. No, może nie całkiem ta sama, bo nigdy nie szyto ubrań z żabiej skóry, z drugiej strony jest to naturalne, skoro Kermit był gwiazdą telewizji. Najważniejsze, że bawić można się tak samo, a przypomnienie sobie beztroskich czasów dzieciństwa jest w tym wypadku miłym bonusem. Hmm... Jeśli wytężyć pamięć nadwyrężoną ważnymi terminami spotkań, numerami pinów kart kredytowych, telefonów, domofonów i własnego szczęścia, to okaże się, że kiedyś zima była zabawna. Nie było takiego mrozu, który zmroziłby naszą ochotę na zimowe figle w wielkich jak domy zaspach ani takiej śnieżycy, która zawróciłaby do domu z wyprawy na sanki. Śnieg nigdy nie był zbyt mokry ani zbyt sypki, by nie ulepić wielkiego bałwana albo urządzić śnieżnej bitwy. A na samo wspomnienie smaku lodowych sopli łza w oku się kręci. W czasach bycia dorosłym zimie najczęściej towarzyszy przydomek „okropna”. Jean-Charles de Castelbajac daje nam wyzwolenie z obowiązku bycia marudnym i statecznym, skoro jesteśmy dorośli. Żadnych przyzwoitych kurtek obowiązujących właśnie w tym sezonie, tylko iskra wyobraźni, na końcu której jest spódnica z różowego mapeta. Miniówka będąca głową futrzastej lalki na pewno jest ciepła, a daje dodatkowe możliwości animacyjne i stanowi nową formę wyrazu. Jest to oczywiście propozycja dla kobiet gibkich w kibici - wyobrażam sobie, że na biodrach tancerki brzucha różowy mapet przemówi pełnym głosem.

Mniej uzdolnionych na pewno zaciekawi propozycja Bernharda Willhelma, którego zimowa kolekcja zawiera w sobie manifesty słowne. Modelki ubrane są tak, że wyglądają jakby założyły na siebie rzeczy, które w sposób zupełnie przypadkowy wyjęły z szafy i to takiej, w której nie miały miejsca sezonowe porządki. Czyli fragmenty kostiumu kąpielowego nałożone na rajstopy lub spodnie, bluzka uwiązana jako spódnica, spódnica w roli szala itd. Instrukcja obsługi w skrócie brzmiałaby następująco: „jak się komu co wyciągnie z szafy”. Najważniejszym elementem wieńczącym dzieło jest szmatka z manifestem, który już pozwoliłam sobie podstępnie zacytować pisząc, że żyjemy w czasach wyboru... I jeszcze fragment o ubieraniu (lub nie) kota. Manifest zawieszony jest w miejscu centralnym, dodającym tekstowi wymowy i drugiego dna.

Na koniec propozycja, która pozwoli zmierzyć się z temperaturą, jeśli ta nie pozwoli się ignorować. Japończyk Kenzo Takada otworzył drogę tym z nas, których konserwatyzm nie pozwala na zabawy pluszakami, (nawet jeśli jest to żaba Kermit), a którzy jednak odkrywają w sobie ochotę na figlarny stosunek do zimy. Zasada podobna do tej już przeze mnie opisanej wyżej („co nam wpadnie w ręce”). W tym wypadku chodzi jednak o fizyczne zszycie różnych kawałków w jedną wystarczająco długą i ciepłą całość, by skutecznie ochronić przed zimnem. Podaję przykład: do szlafroka doszywamy wełniany pasek od kurtki, do tego doszywamy kołnierz od starego płaszcza po babci lub rozprutą mufkę po prababci, ewentualnie wełniany kilimek znad fotela. Całość wykańczamy grubymi skarpetami brata, które zakładamy do półbutów, na obcasie oczywiście. Jest to propozycja w 100% kryzysowa, a jednocześnie porządkująca dom ze zbędnych elementów. Polecam!

Tekst i collage: Joanna Hrk